RSS
sobota, 25 września 2010
Zmęczona

Dziś przyszły do mnie cztery koleżanki z dziećmi, z paczki '5', czyli oprócz mnie Megumi, Yumi, Miyuki i Tomoko. Było miło, choć chyba przeceniłam swoje możliwości, bo Takashiego nie było i zajmowałam się nie tylko koleżankami, ale jeszcze gotowaniem i Witomirem. Spotkanie pod hasłem 'curry party', bo chciały spróbować indyjskiego jedzenia.

Jeszcze o rozwodach na emeryturze

W poniedziałek byli u nas znajomi Takashiego. Wśród nich kolega, który teraz mieszka w Tokio, więc spotkałam go po raz pierwszy. Rozmawiając z jego żoną w pewnym momencie przeszłyśmy na rozmowę o japońskich rozwodach na emeryturze. Potwierdziła nasze przypuszczenia. Jej zdaniem to głównie wynik tego, że mężczyźni pracują codziennie długie godziny i właściwie nie ma ich w domu. Kobieta w praktyce sama prowadzi dom i wychowuje dzieci. I latami narasta w niej frustracja, ale nie narzeka, bo tego japońska kobieta robić nie powinna (stary model wychowania wg kodeksu samurajskiego). Oczywiście razem z rosnącą frustracją ciepłe uczucia się wypalają. A jak mąż przechodząc na emeryturę nagle jest cały czas w domu stwierdza, że nie może go znieść. Powiedziała, że to przeważnie kobieta wychodzi z propozycją rozwodu, a mąż jest bardzo tym zaskoczony.

wtorek, 14 września 2010
Co teraz kwitnie

Kwitną drzewa kwiatowe Sarusuberi (dosłownie zjeżdżalnia małp) i pnącza podobne do nasturcji (muszę się dowiedzieć jak się nazywają).

Od kilku dni rano i wieczorem robi się chłodniej. Zaczyna się japońska wspaniała jesień, która jest mniej więcej taka jak polskie lato.

 

 

11:11, wishida
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 06 września 2010
Akizuki - jeszcze zdjęcia

 

 

 

Akizuki - zdjęcia

Dom samuraja

 

Wejście na teren byłego zamku

 

Drewniane gimnazjum

Jeszcze o robakach

Ciekawostka. W porze deszczowej z szafy wnękowej zaczęły wychodzić malutkie robaczki. Zastanawialiśmy się z mężem skąd dokładnie wychodzą. W końcu znalazłam. Źródłem okazała się moja poduszka do medytacji. Była wypełniona naturalnym wsypem czyli ziarnami gryki. Pod wpływem ciepła i wilgoci wylęgły się w niej robaczki.

 

Japoński karaluch

Mój synek cżęsto bawi się na balkonie, z którym połączona jest kuchnia i pokój obok. Kilka dni temu zawołał mnie z balkonu mówiąc 'bi bi'. Wiedziałam, że tak mówi na cykady, które teraz często znajdujemy nieżywe (po miłosnym akcie umierają). Wyszłam, patrzę, owszem bi bi jest podobnej wielkości ale ma jakieś długie wąsy. Karaluch. Powiedziałam Witomirowi, żeby nie dotykał i ruszyłam do kuchni po odpowiedni spray, który dostałam wiele miesięcy od mamy Takashiego. A myślałam, że się nie przyda. W momecie gdy zaczęłam pryskać karaluch w sekundę uciekł do dziury koło odpływu wody. Zastanawia mnie skąd on się wziął na balkonie, na trzecim piętrze. W każdym razie nie spotałam go więcej aż do dzisiejszego ranka.

Wito bawił się w pokoju obok kuchni i mówi nagle 'bi bi'. Patrzę a tu rzeczywiście bi bi w całej okazałości. Znowu po spray, pryskam, karaluch oczywiście ucieka z prędkością Hołowczyca na wyścigu. Nie będę opisywać szczegółów. W każdym razie już po karaluchu za co go przepraszam, ale życie pod jednym dachem z karaluchami wielkości pudełka od zapałek mnie przerasta. Musiałam mieć zestresowaną minę, bo Wito patrzył potem na mnie pytająco. Całkiem sporą chwilę po tym zapytał 'robak'? A ja odpowiedziałam: robak w domu nie. Nie wygląda to dobrze biorąc pod uwagę to, że niedawno kupiłam mu cudowną książeczkę o pszczółce i jej przyjaciołach robakach (I am lovable me).

Ah, ci uprzejmi Japończycy

Za niecały miesiąc minie rok odkąd się przeprowadziliśmy do Japonii (i 10 lat odkąd pierwszy raz tu zawitałam). Czasem w myślach podsumowuję ten rok i jedno mnie zaskoczyło.

Przez ten rok ani razu nie spotkałam się z sytuacją, żeby ktoś był nieuprzejmy czy to w stosunku do mnie czy do kogoś innego.

Uprzejmość Japończyków jest niesamowita i myślę, że też dzięki temu dobrze mi się tu mieszka.

A już obsługa w sklepach jest czasem zbyt uprzejma jak na mój gust. Czasem wprawia mnie w zakłopotanie. Kiedyś na przykład weszłam do sklepu kosmetycznego w centrum handlowym. Wiedziałam dokładnie jaki chcę krem i wziąwszy go z półki powędrowałam prosto do kasy. Myślałam, że szybko załatwię sprawę. Przy kasie pani zapytała mi czy jestem tu po raz pierwszy. Nie, już kiedyś byłam. Zapytała czy może zrobić mi krótki test skóry i zaproponować odpowiednie próbki. Dobrze. Po teście dołączyła druga pani ekspedientka i zaczęły pytać skąd jestem, jakie to mam duże oczy, wyglądam jak żywa lalka etc. Odpowiedziałam, że w Polsce kobiety japońskie też są uważane za piękne. Zażartowały, że zaraz tam jadą. Ponieważ chciałam szybko wyjść podziękowałam, łapię za torbę z moim kremem i próbkami, ale pani mówi 'nie nie, odprowadzimy Panią do drzwi'. Odprowadziły mnie do drzwi, wręczyły torbę, głęboko się ukłoniły dziękując. Szybko wskoczyłam na pobliskie schody ruchome. Gdy odwróciłam się po jakiejś chwili one wciąż stały w drzwiach i jak tylko zauważyły, że patrzę, jeszcze raz głeboko się ukłoniły.

Chciałam dodać, że krem, który kupiłam nie był jakoś wyjątkowo drogi. I że takie zachowanie sprzedawców to norma w Japonii.

Akizuki i sezon na figi

Lato w ogóle nie odpuszcza (wczoraj bylo 36 stopni) i zewsząd słyszę rozmowy typu: dlaczego jeszcze temperatura nie spada, powinno być już ciut chłodniej, podobno do października ma być tak upalnie itp.

Zaczął się właśnie sezon na figi. Bardzo się cieszę, bo bardzo lubię te owoce świeże, nie suszone.

W sobotę Takashi skończył pracę niespodziewanie szybko (ok. południa) i pojechaliśmy do Akizuki. To mała ładna miejscowość jakąś godzinę drogi od nas, która mieściła kiedyś zamek zamożnego samuraja. Po zamku rodziny Kuroda zostały już tylko szczątki murów obronnych, ale jest kilka zachowanych domów samurajskich. Znaleźliśmy taki, który nawet można zwiedzać, ale niestety był już zamknięty. Może następnym razem. W miejscu gdzie kiedyś stał zamek stoi teraz drewniane gimnazjum nawiazujące do starej architektury japońskiej.